2 Alo’ka z krainy jutra
Mało kto pamiętał, jak Alo’ka przyszła na świat, a ci, którzy wiedzieli - milczeli. Mawiano, że nie narodziła sie z samego oceanu. Gdy morze po raz pierwszy się rozwarło a dno Zorowii zadrżało, Ziemia w oceanie wydała ją na świat — z piany, soli i pradawnej magii. Była córką nurtów morskich, skał i głębin, a jej matką była sama planeta, pulsująca życiem pod niespokojnymi falami.
Dlatego właśnie wszyscy się jej bali.
Nie przychodzili, bo bali się przyszłości — tej, którą Alo’ka widziała zbyt wyraźnie. Bali się też teraźniejszości, bo świat ukazywał najgorsze zbrodnie. Każde spojrzenie czarownicy mogło odsłonić prawdę, na którą nie każdy był gotów.
A jednak… zawsze znajdowali się śmiałkowie.
Zorowia była krainą rozległą, pełną lasów i równin, gór… lecz Alo’ka mieszkała daleko na północy, na wyspie dotykanej wiatrem, gdzie słońce zachodziło szybciej, a cienie były dłuższe niż gdziekolwiek indziej. Na tej wyspie małe wioski były rozsiane jak mak, rzucone i zapomniane, a te którym się udało, ktoś zauważył. Jedna z nich, dawno temu, chciała pozbyć się Alo’ki. Bali się jej mocy, jej pochodzenia, jej ciszy.
Ziemia nie pozwoliła.
Morze się wzburzyło, a starszyzna zamilkła na zawsze.
Alo'ka nie została uciszona, ale wioska została spalona przez jej moc.
Od tamtej pory obowiązywała zasada: kto przychodzi do Alo’ki z prośbą, nigdy nie przychodzi z pustymi rękami. Więc by zawrzeć ponowny pokój przynosili zioła suszone w świetle księżyca, złoto wykopane spod rodzinnych domostw, a czasem — najcenniejsze dary — magiczne pióra, podobne do tych, które zostawiał Kryn, biały kruk. Pióra, których znaczenie tylko ona potrafiła odczytać, bo przemawiały językiem przyszłości.
Jej chata była niewielka, lecz wypełniona po brzegi różnymi różnościami:
pęki suszonych ziół, które zwisały z belek, fiolki z mętnymi eliksirami połyskiwały w półmroku, stare mapy zapisane runami leżały obok kości morskich stworzeń, amulety z drewna i kamienia. Były tam także księgi o pożółkłych kartach, pióra wszelkich barw, misy z piaskiem z odległych krain oraz małe figurki wyrzeźbione przez czas i fale.
Tego wieczoru słońce chyliło się ku zachodowi, barwiąc niebo zakrwawionym, błyszczącym złotem Alo’ka siedziała przed chatą, gdy na horyzoncie pojawiły się sylwetki. Rycerze — ciężkie kroki, zbroje noszące ślady drogi i strachu. Przybyli z jednej z wiosek.
— Wielka Alo’ko — odezwał się jeden z nich, zdejmując hełm. — Wśród naszych ludzi zapanował chaos.
Opowiedzieli historię.
Ktoś wykradł im całe dobytki, jakby ziemia je pochłonęła. Innych okradziono z tego, co mieli najcenniejsze — z własnych dzieci, które zniknęły bez śladu. A jeszcze innym odebrano domy, rozszarpane od środka, jakby ktoś próbował je wysadzić niewidzialną siłą.
Alo’ka słuchała w milczeniu. Jej oczy odbijały zachód słońca, a runy pod skórą zaczęły lekko pulsować. Ich delikatny połysk zwrócił uwagę jednego z mężnych.
— Prosimy o pomoc — powiedział ciszej. — Nie wiemy, z czym mamy do czynienia.
Czarownica wstała powoli. Wiatr poruszył jej włosami, a morze odpowiedziało głuchym pomrukiem.
— Pomogę — rzekła w końcu. — Ale za tak wielki uczynek… mam nietypową prośbę.
Rycerze spojrzeli po sobie niespokojnie.
— Jedno z was — dodała — zostanie tu. Gdy słońce całkiem zgaśnie, oddacie mi to, czego boicie się najbardziej oddać.
Rycerze spojrzeli po sobie, pokazując rosnący strach w oczach.
Cień zachodu słońca wydłużył się, a przyszłość, jak zawsze, zaczęła szeptać.
Rycerze zamarli. Żaden nie odważył się odezwać od razu. Zachodzące słońce skróciło sie już połowę, a niebo przybrało barwę starego bursztynu. Morze uspokoiło się nienaturalnie, jakby świat wstrzymał oddech, czekając na ich decyzję.
— Tego się obawialiśmy… — wyszeptał najmłodszy z nich.
Alo’ka podeszła bliżej. Zrobiła to cicho, niemal bezszelestnie, a jednak każdy krok zdawał się dudnić w ich piersiach. Spojrzała na nich uważnie, nie jak na wojowników, lecz jak na dzieci pełne strachu.
— Nie proszę o złoto — powiedziała spokojnie. Obchodząc powoli każdego z nich. — Nie o miecze mi chodzi ani o życie. Proszę o prawdę, której sami przed sobą nie chcecie zobaczyć.
Jeden z rycerzy cofnął się o krok. Inny zacisnął dłonie na rękojeści miecza, choć wiedział, że żelazo nie ochroni go przed tym, co miało nadejść.
— Zostaniesz ty — wskazała na mężczyznę o postarzałej twarzy i oczach, które widziały zbyt wiele. — Twoje serce jest najcięższe.
Gdy słońce całkowicie zniknęło za linią morza, Alo’ka uniosła dłoń. Runy na jej skórze rozjarzyły się bladym światłem, jakby ktoś rozpalił pod jej skórą gwiazdy. Ziemia pod stopami rycerzy zadrżała lekko.
— Oddaj mi to - powiedziała cicho - to co nosisz od lat i co sprawia, że czujesz ciężar przy każdym kroku, który stawiasz.
Mężczyzna uklęknął. Drżały mu ręce, gdy zdjął z szyi skórzany rzemyk. Na nim wisiał mały, drewniany amulet, popękany i nadgryziony zębem czasu.
— To należało do mojego syna… — głos mu się załamał. — Zginął podczas jednej z wypraw. A ja… ja przysiągłem, że go pomściłem. Skłamałem.
Alo’ka zamknęła oczy. Gdy amulet dotknął jej dłoni, obrazy rozlały się w powietrzu: noc, płomienie, krzyk dziecka i cień, który nie należał do żadnego człowieka. Krew, śmierć innych oraz zaklęcia , które sprawiły że świat i ludzie dookoła niego mógł nie doczekać jutra.
— To nie była wojna — wyszeptała. — To było wezwanie. Misja, która musiała być wykonana.
Z chaty dobiegł szelest. Drzwi i okna zaczęły się nienaturalnie poruszać. Niebo zadrżał. Oczy Alo'ki świeciły jak księżyc, przenikliwe i autentycznie. Chwyciła amulet i ścisnęła go. Wymawiała słowa, które Rycerzom nigdy nie były znane. Nagle nastała cisza, którą każdy mógł usłyszeć. Alo'ka wniknęła w niego i rozproszyła wszystkie wspomnienia na milion kawałków. Pojawił się wielki huk i oślepiający błysk. Czarownica opadła na kolana, szepcząc pod nosem.
- Ten, kto kradnie dzieci, buduje z nich bramę - powiedziała Alo’ka. - Kto zabiera domy, próbuje zburzyć ochronę ziemi. Kto kradnie dobytki, szuka ofiary.
Rycerze pobledli.
— Można to powstrzymać? — zapytał któryś z tyłu.
Alo’ka spojrzała w stronę morza. W oddali coś poruszyło się pod powierzchnią wody, jakby sama głębia odpowiedziała na jej myśl.
— Można — odparła. — Ale cena będzie wysoka. Jedno z zaginionych dzieci nosi w sobie klucz, którego nawet ono nie rozumie. A ja będę musiała stanąć tam, gdzie Ziemia i Ocean już raz mnie stworzyły. Te dziecko będzie mi potrzebne. Nagle pzyleciał biały kruk. Kryn. Usiadł na belce nad wejściem i wypuścił jedno pióro, które opadło dokładnie między nich.
— Macie trzy noce — powiedziała Alo’ka. — Po tym czasie przyszłość, której się boicie, stanie się teraźniejszością.
Wiatr ponownie zerwał się znad północy, a wyspa zadrżała, jakby Zorowia sama obudziła się ze snu.