3 Ael’Thari
Od rana czułam niepokój cięższy niż kurz, który zalegał w powietrzu. Srebrzysta klacz nie pojawiła się ani na skraju obozu, ani przy zagrodach Falkonów. Żaden z wojowników o niej nie wspominał, żadne dziecko o niej nie mówiło. Jakby tej nocy była tylko snem, choć jej ciepły oddech na mojej skórze był zbyt prawdziwy, by mógł mi się tylko przyśnić.
Kiedy słońce wędrowało już wysoko, skupiłam się na obowiązkach. Pomoc przy naprawie zagrody kóz i przeglądzie chomikowanych zapasów daktyli. W naszym obozie nie było wielu zwierząt, kilka drobnych kóz dających mleko, dwa leniwe wielbłądy należące do uzdrowicielki i garść kur, które potrafiły zniknąć na całe dni między wydmami. To nie one jednak były dumą Rin’Ka. Dumą były Falkany. Ich kopyta niosły wojowników po piaskach tak szybko, jakby same były dziećmi wiatru. Należały tylko do tych, których duch pustyni uznał za godnych. Starsi mawiają, że Falkany są spadkobiercami stworzeń, które biegały po świecie jeszcze zanim Piaskowe Drzewo zakorzeniło się w pustyni.
Gdy świat dopiero się uformował, a góry miały serca z magmy, Piaskowe Drzewo było młode i pełne życia. Jego liście dumnie falowały na wietrze, a jego korzenie oplatały serce ziemi. Ludzie zaczęli żyć na pustyni dopiero wtedy, gdy Drzewo zapragnęło towarzysza. Zasnęło i śniło… a ze snu narodziły się Falkany. Były pierwszymi, które dotknęły tego nowego pustynnego piachu. Ich krok wyciskał ścieżki, którymi dziś podążamy. Mówi się, że każdy Falkan nosi w sobie odrobinę ducha Piaskowego Drzewa.
Ale Drzewo nie oddaje swoich dzieci lekkomyślnie. Wybiera, a kogo wybierze, tego ścieżka prowadzi ku przygodzie lub zagładzie. Bo pustynia daje i odbiera… i tylko one znają jej prawdziwe oblicze.
Dziś jednak jeden z tych duchów się nie pojawiał.
Wódz Ikira przechodził między namiotami, rozmawiając z wojownikami. Jego kroki były ciężkie, barki przygarbione bardziej niż zwykle. Czasem tak wyglądał, gdy rozmyślał o czymś ważnym, lecz dziś wyglądał jak ktoś, kto dźwiga coś znacznie cięższego, wspomnienie. Jego żona, Nareen, odeszła kilka zim temu, podczas jednej z dłużej trwających piaskowych burz, tuż po nieudanym porodzie. Mówiono, że była kobietą o oczach jak noc, a jej śmiech potrafił zmienić wiatr w taniec. Po jej śmierci Ikira stwardniał niczym wypalona skała pustyni. Została mu dwójka dzieci. Arisha, córka w moim wieku, i Darian, w wieku Rowana, mojego najstarszego brata. Oboje dzielili charakter matki, ogień i bunt dobrze ukrywane pod pozorami posłuszeństwa.
Darian wybrany już przez Falkana a jego siostra po tym gdy to się stało, przestała się zbytnio odzywać. Kiedyś byłyśmy nierozłączne, nie wiem co dokładnie się stało. Dziewczyna nie chciała o tym rozmawiać, mimo moich prób.
***
Po południu ojciec przyprowadził braci z treningu. Piasek na ich włosach błyszczał jak drobne opiłki złota. Rowan rzucił mi przelotne spojrzenie, ciepłe, z nutą dumy. Zawsze traktował mnie jak wojowniczkę, choć nigdy nie powiedział tego głośno. Kallias, młodszy od niego, szturchnął mnie w ramię na powitanie, jak zawsze z uśmiechem szerokim jak horyzont. Azriel, najmłodszy, wciąż zdenerwowany po kłótni z matką, ściskał w dłoni kij, jakby była to jego przyszła włócznia. Ich obecność powinna przynieść mi spokój. Nie przyniosła.
Gdzie jesteś, Falkanie z księżycowym znakiem?
***
Kobiety plotły opowieści wokół garnków, wojownicy czyścili uzbrojenie, a dzieci ścigały się między namiotami, dźwigając malutkie skórzane tarcze. A ja wciąż nie mogłam przestać nasłuchiwać stukotu kopyt.
— Może wcale mnie nie wybrała? — wyszeptałam do siebie.
Gdy księżyc wspiął się wysoko, znów przyszedł strach. A co, jeśli klacz nigdy więcej się nie pojawi? A co, jeśli Piaskowe Drzewo uznało, że moja modlitwa była dziecinnym wybrykiem?
Nie mogłam czekać.
Ścisnęłam w dłoni mały bukłak i narzuciłam chustę na głowę. Matka spała, ojciec również, a bracia byli zbyt zmęczeni, by zwrócić uwagę na moje kroki. Możliwe było też to, że nikt zbytnio nie przejmował się tym co robię. Przesunęłam zasłonę namiotu i jak cień przemknęłam obok paleniska. Strażnicy rozmawiali przy bramie, ale ja znałam ten obóz jak własne serce. Między namiotami, przez wąski przesmyk przy zagrodzie wielbłądów, w stronę południowego wału piaskowego…
A potem tylko wydmy i gwiezdna cisza.
***
Piaskowe Drzewo rosło samotnie w oddali. A raczej trwało. Gdy do niego dotarłam, noc była cicha jak wstrzymany oddech.
— Strażniku… — wyszeptałam, dotykając spękanej kory. — Dlaczego nie przyszła?
Piasek zaszeleścił w oddali kiedy lałam wodę na korzenie drzewa. Nie z wiatru. Z ruchu.
Ale to nie były kopyta.
Spojrzałam w bok, obok pnia przebiegła mała zwinna sylwetka. Piaskowy lisek. Uszy sterczały jak ostrzegające dzidy, oczy błyszczały jak dwie bursztynowe gwiazdy. Zatrzymał się na kilka kroków ode mnie i przechylił głowę, jakby chciał coś powiedzieć.
— Ty ją widziałeś, prawda? — zapytałam głupio.
Lis prychnął cicho, po czym zniknął, zostawiając po sobie jedynie ślady łap.
Wtedy zrozumiałam, Piaskowe Drzewo nie zawsze odpowiada słowami. Czasem odpowiada samotnością.
Poczułam łzy napływające do oczu. Były gorące jak piasek w południe. Otuliłam ramiona chustą, a w mojej piersi zakwitło coś, czego bałam się nazwać. Rozczarowanie. Tęsknota. A może wszystko naraz.
— Jeśli to był tylko sen… — szept ugrzązł mi w gardle. — Proszę, daj mi znak…
Nic. Cisza tak głęboka, że aż bolała.
***
Kiedy już miałam odejść, znów coś usłyszałam. Jeden, pojedynczy dźwięk. Daleki. Stłumiony.
Stukot kopyta o kamień. Serce uniosło się w piersi… i zawisło.
Drugi stukot.
Trzeci.
Coraz bliżej.
Stukot narastał, już nie jeden koń, nie dwa. Wiele. Całe echo pustyni zaczęło drżeć.
Otworzyłam oczy.
Na horyzoncie, pod łukiem księżyca, zobaczyłam je, kształty jak poszarpane cienie wichru. Falkany. Gnały z północnego szlaku, tam gdzie piasek miesza się z kamieniem.
Chmura pyłu rosła, a wraz z nią mój puls.
Nie powinny tędy biec. Nie nocą. Nie tak blisko obozu.
Coś musiało się wydarzyć.
Wtedy ją zobaczyłam.
Srebrzysta klacz wysunęła się na czoło stada, jej białe pasma lśniły od księżycowego światła. Pędziła jak błysk, a wiatr rozwijał jej grzywę na wszystkie strony, jak skrzydła z mgły.
Falkany były wyższe niż zwykłe konie. Potężne niczym stare opowieści o legendarnych bestiach pustyni, które niosły na grzbietach bohaterów sprzed czasu pamięci. Ich sylwetki były smukłe, ale w każdej linii ciała kryła się siła, mięśnie przesuwały się pod skórą jak fala piasku niesiona wiatrem.
Od klaczy odbijał się blask księżyca. Grzywa i ogon rozwiane wiatrem przypominały smugi dymu, lekko falujące, niesforne, nieujarzmione. Na jej nogach, od kopyt aż po kolana sierść była grubsza, falowała gdy klacz unosiła się w galopie. I choć nie była malowana farbą, dostrzegałam na jej sierści wzory, spiralne, kreskowe, jakby duchy przodków pozostawiły je jako znaki.
Oczy klaczy miały kolor miodu. Ciepły, nienaturalnie głęboki. To spojrzenie było mądre. Zbyt mądre jak na zwierzę. Patrzyła na mnie tak… jakby widziała duszę. Strach. Ból. Wszystkie pragnienia.
Jakby rozumiała.
Przy niej czułam się mała. Ale nie słaba.
***
Zatrzymała się przede mną tak gwałtownie, że piasek uderzył mi o uda. Wstrzymałam oddech.
Ona mnie nie zapomniała.
Ale nim zdołałam dotknąć jej pyska… w piasku obok jej przednich nóg zachybotał cień.
Małe, jeszcze niepewne kopyta, mlecznobiała sierść z szarymi plamami na zadzie i grzywka stercząca jak miękkie piórka.
Źrebię.
Wydało z siebie krótkie parsknięcie, jakby również mnie rozpoznało. Podniosłam dłoń, a źrebak, nieznający strachu, podszedł o krok, węsząc mój zapach.
— To dlatego cię nie było — wyszeptałam do klaczy, uśmiechając się.
I wtedy wszystko zrozumiałam.
Dlatego Piaskowe Drzewo odpowiedziało ciszą. Musiałam wykazać się cierpliwością. Nie porzuciła mnie. Poczułam, jakby kamień spadł mi z serca.
Stado przetaczało się dalej jak strumień srebra i brązu, ale klacz i jej źrebię zostały przy mnie, jakby Piaskowe Drzewo przykazało im czekać. Klacz nachyliła łeb i dotknęła mojej dłoni. Delikatnie.
A w mojej piersi rozpaliło się coś, co zagłuszyło każdą wątpliwość.
***
— Wyruszę z nimi — pomyślałam. Pójdę tam, gdzie te kopyta mnie poprowadzą.
Ale wtedy… krzyk przerwał ciszę nocy.
— ZULEIKO! — matczyny głos przebił cały wiatr.
Serce jakby runęło. Matka.
Zza wydm zapłonęła pochodnia. Strażnicy. Ktoś musiał zauważyć moją nieobecność.
Klacz parsknęła ostrzegawczo, a źrebak schował się za jej nogami.
— Nie! Proszę, nie odchodźcie… — wyszeptałam drżąco.
Klacz tupnęła nogą.
Stado zawróciło.
Źrebak pobiegł przy jej boku.
Patrzyłam, jak znikają w srebrnym tumanie piasku, a moje serce biegło z nimi.
Kiedy strażnicy dopadli mnie przy Piaskowym Drzewie, nie umiałam powiedzieć ani słowa. Matka objęła mnie mocno, moje dłonie drżały od złości i nadziei.
Bo srebrzysta klacz wróci.
Wróci po mnie. I po to, co pustynia już wybrała.