Nerth

Obraz autorstwa: freepik

4 Ael’Thari

Sandy / 15 grudnia 2025 / Kategorie:

Minęło kilka miesięcy. Srebrna klacz trzymała się stada i nie widywałam jej blisko Piaskowego Drzewa. Słońce dopiero wspinało się nad wydmami, gdy klan Rin’Ka zebrał się wokół głównego ogniska na środku obozu.

Wódz Ikira ogłosił tego ranka, że Falkany podeszły bliżej i można przystąpić do rytuału wyboru. Piasek lśnił jak rozżarzone złoto, a powietrze drżało od napięcia. Kobiety przygotowywały swoich synów do ich ważnego dnia. Chłopcy pokrywani byli rodowymi znakami, używając do tego czerwonych i czarnych farb, a ich włosy plecione były w ciasne warkocze.

Kiedy byli już gotowi, cały klan wyszedł wraz z czterema młodymi wojownikami na spotkanie do stada Falkanów, by się przyglądać. Ten rytuał był wyjątkowy, ponieważ mój brat, Azriel, pierwszy raz weźmie w nim udział. Dziś będzie miał szansę na zawarcie więzi z Falkanem, którego tak bardzo pragnie.

Stałam nieco z tyłu, obok swoich braci. Azriel nie potrafił ustać w miejscu, jego oczy błyszczały jak gwiazdy, choć jego dłonie drżały z emocji.

Wódz Ikira wysunął się naprzód. Zwykle spokojny, dziś miał twardy wyraz twarzy. Czterech młodych wojowników Rin’Ka stanęło przed nim.

— Azriel, synu Ibrahima i Salimy. Wystąp jako pierwszy — przemówił donośnie Ikira, na co mój brat od razu wystąpił z szeregu. — Dzisiaj otwieram dla ciebie drogę do stada Falkanów. Niech duch pustyni zdecyduje, czy jesteś gotów.

Szum przeszedł przez zgromadzonych. Azriel przełknął ślinę i podszedł, lekko pochylony w pełnym szacunku geście. Wtedy stado poruszyło się, cienie potężnych koni przecięły światło, a ziemia zadrżała. Azriel wyszedł na środek. Spojrzałam na braci, którzy przyglądali się uważnie.

Jeden Falkan musi zatrzymać się przy Azrielu, wtedy będzie wiadome, że został wybrany.

Stado galopowało wkoło kilka razy, mijając chłopaka i szturchając go bokami, na co młody Rin’Ka reagował niezdarnym potykaniem się.

Moje oczy szukały tylko jednej sylwetki, srebrzystej klaczy. Kiedy zauważyłam ją na skraju stada, z jej boku wyglądało źrebię, niemal smuga światła w ruchu. Wzrok zaszklił mi się łzami na ten piękny widok. Małe zdążyło już podrosnąć od ostatniego razu gdy je widziałam. Pełne gracji galopowały dalej.

Azriel zrobił pierwszy krok. Z cienia oderwał się ogromny, czarny ogier. Jego grzywa była jak nocne niebo, a oczy jarzyły się bursztynową iskrą. Podszedł do chłopca, obwąchał jego dłoń, lecz po chwili obrócił się gwałtownie i wymierzył ostry kopniak w stronę nieba tylnym kopytem. Azriel z trudem uniknął ciosu.

— Odrzucił go… — wyszeptał ktoś z tłumu.

Mój brat, choć nadal zdezorientowany, zerknął na wodza. Mężczyzna skinął głową i uniósł dłoń, przywołując mojego brata z powrotem, ale na jego twarzy brakowało współczucia. Jakby patrzył na coś, co go rozprasza.

Bo właśnie wtedy przestrzeń rozdarł lekki, melodyjny ryk.

Srebrna klacz.

Wyszła powoli zza stada, z dostojnością, która uciszyła cały klan. Sunęła przez piasek jak duch, a jej źrebię kroczyło tuż za nią. Ludzie odsunęli się, nie chcąc stanąć na drodze świętej istocie.

Poczułam, jak serce wali mi w piersi. Klacz spojrzała wprost na mnie, spojrzeniem tak świadomym, że mimowolnie wstrzymałam oddech.

A potem znów ruszyła. Prosto na mnie.

— Zuleiko, nie ruszaj się — wyszeptał Rowan, ale jego głos drżał.

Klacz zatrzymała się na krok ode mnie. Dotknęła mojej dłoni chrapami, czułam jej miękką skórę i wpatrywałam się w głębokie, szarawoniebieskie oczy. Źrebię otarło się o moje biodro.

W klanie zawrzało. Kobieta. Kobieta wybrana przez Falkana.

Ojciec wyglądał, jakby stracił grunt pod nogami. A Azriel wybuchł złością.

— To… to niemożliwe — wymamrotał. — Duchy nie wybierają kobiet.

Klacz uniosła łeb i syknęła ostrzegawczo, jakby w odpowiedzi. Stanęła przy mnie, przysuwając się tak blisko, że nikt nie ośmielił się zbliżyć.

— Ona ją broni — powiedział ktoś z drżeniem.

Azriel, jeszcze kilka chwil temu promienny ze szczęścia, patrzył szeroko otwartymi oczami. Zauważyłam, jak rozgląda się i zaciska pięści.

— To zakłóci równowagę. Zwyczaj. Porządek.
— To… klątwa — wyszeptała kolejna osoba z tłumu.

Poczułam, jakby ściśnięto mnie od środka. A jednak, gdy Falkan musnął moje ramię i wydał niski, uspokajający pomruk, wszystko znów się uspokoiło.

— To nie klątwa, ojcze — powiedział Rowan cicho, ale wyraźnie. — To wybór pustyni.

Srebrna klacz stanęła u mego boku. I było jasne dla wszystkich, że nie zamierzała się odsunąć ani na krok. Mimo że stado już się oddaliło.

Słońce odbijało się od jej sierści. Postanowiłam nazywać ją Lumi. Przypominała mi blask księżyca.

***

Zachód słońca barwił niebo na kolor krwi i rdzy, zły omen, jak mówiły stare pieśni Rin’Ka. W powietrzu wisiało napięcie tak gęste, że nawet wiatr zdawał się omijać obóz szerokim łukiem.

W namiocie starszyzny, największym i najstarszym, paliły się misy z jałowcowym dymem. Jego ostry zapach wżerał się w gardło, a każdy płomień rzucał cienie przypominające drapieżne sylwetki.

Siedziałam po środku, otoczona kręgiem siedzących starszych. Srebrna klacz wraz ze źrebięciem stała tuż za wejściem, okryta przeze mnie cienkim kocem, niespokojna, parskająca, jakby przeczuwała, że decyzje ludzi mogą być gorsze niż burza piaskowa.

Moi bracia stali w głębi namiotu. Rowan, spokojny, jak zawsze, ale jego dłoń zaciskała się na podręcznym nożyku. Kallias, zimny, obserwujący, gotowy znów mnie oceniać. Azriel, blady, z oczami pełnymi gniewu i… wstydu. Tuż obok nich matka i ojciec z kamiennymi twarzami.

Wódz Ikira stuknął laską, rozpoczynając naradę.

— Niech zacznie się obrada. Dzisiaj decydujemy o losie tej, którą duchy wybrały wbrew tradycji.

Słychać było mamrotanie, westchnienia, pełne lęku szepty.

Pierwszy powstał stary wojownik Odran.

— To nie jest naturalne. Falkany wybierają wojowników, nie dziewczęta!
— Nie wojowników, Odranie — przerwała mu Zaira, starożytna szamanka. — Wybierają dusze o wewnętrznej sile.

Odran splunął na ziemię.

— A dusza dziewczyny, która nigdy nie stanęła do walki, jest silniejsza od czwórki naszych synów?
— Srebrna klacz tak uznała. Być może dziewczyna wystarczająco dobrze włada łukiem — odparła Zaira twardo.

Zerknęłam na Rowana, który już na mnie patrzył. Był zmartwiony.

Po chwili mój ojciec wystąpił do przodu.

— Moja córka została wybrana przez pomyłkę duchów.
— Duchy nie popełniają błędów… — zaczął Ikira.

Lecz Ibrahim go zagłuszył. Wódz go upomniał lecz ten mimo to przemówił.

— Wy wszyscy widzieliście jej narodziny! Zuleika była słaba, chorowita! Jej matka czuwała przy niej każdej nocy, myśląc, że nie dożyje ranka. Jak ktoś taki ma być wojowniczką Rin'Ka?!

Szmer zgody przeszedł przez krąg.

Poczułam ukłucie, stary ból, dobrze znany. Ojciec nigdy we mnie nie wierzył.

Spojrzałam na starszego brata, szukając wsparcia.

Rowan drgnął, jakby chciał coś powiedzieć, ale starszyzna była szybsza.

Starzec Marruk uderzył w miskę, wywołując ciszę.

— Znak, który przeczy tradycji, jest niebezpieczny. Może sprowadzić gniew pustyni.
— Albo zburzyć fundamenty naszego ludu — dodał.

— Nie można pozwolić, by dosiadała Falkana! — krzyknął ktoś z tyłu.
— To zły omen!

— A może błogosławieństwo… — szepnęła Zaira, ale nikt już nie słuchał.
— Duchy wzywają zmiany — wyszeptała.

Ibrahim eksplodował.

— Nie!
Uderzył dłonią o podłoże namiotu.
— Jeśli dopuścimy ją do klaczy, to znaczy, że uznajemy, iż tradycja może zostać złamana przez kobietę!

Kallias skinął głową, mroczny cień zatańczył na jego twarzy.

Azriel zmarszczył brwi.
Dla nich to było swego rodzaju święto.
Nie mogłam zrozumieć, dlaczego tak mnie nienawidzą.

Wódz Ikira spojrzał na wszystkich, potem na mnie, jakby ważył coś bolesnego.

— Jeśli tradycja zostanie podważona, rozpadnie się klan.
Westchnął ciężko.
— Jeśli ją odrzucimy, sprzeciwimy się duchom.

Odran wysunął się do przodu.

— Jest trzecia droga.

Cisza.

— Wygnanie.

W głowie zagrał mi tuzin bębnów. Wygnanie.

— Nie zabijamy znaków od duchów. Ale nie musimy ich trzymać wśród nas — dodał.

Na te słowa usłyszałam, jak moja matka wybucha płaczem, a klan pomrukuje w rozmowach.

Ojciec nie protestował.
A to powiedziało więcej niż wszystkie jego wcześniejsze krzyki.

Krew w moich żyłach zamarła.

Zaira poderwała się, wstrząśnięta.

— To okrucieństwo! Duchy wybrały ją nie bez powodu!
— Duchy przetrwają — powiedział Marruk. — Nasz lud być może nie.

Głosy starszyzny zaczęły padać jeden po drugim, jak krople deszczu.

— „Za wygnaniem.”
— „Za.”
— „Za.”

Nikt nie zapytał matki czy braci. Głos miała starszyzna, nie rodzina.

Ostatni głos należał do wodza.

Ikira uniósł laskę.

— Zuleiko, córko Ibrahima i Salimy.
— Zostajesz wygnana z klanu Klanu Szarego Wilka do czasu, aż duchy wyślą znak…
Głos mu zadrżał.
— …jeśli kiedykolwiek wyślą.

Namiot zamarł.

Azriel odwrócił wzrok, jakby nie był w stanie znieść tego, co się stało, choć to właśnie było to, czego chciał.
Kallias wypuścił powietrze triumfalnie, chłodno, po czym zamaszystym krokiem wyszedł z namiotu.
Rowan zaczął iść w moją stronę, lecz dwóch strażników zastąpiło mu drogę.

Uniosłam twarz.
Serce biło szybko, ale głos był pewny.

— To nie duchy mnie wypędzają. To wy.

Lumi zarżała zza tkaniny namiotu, jakby rozumiała każde słowo.

I tak zapadła decyzja, która na zawsze odmieni mój los. Nie tylko mój, ale i całego klanu, bo duchy nie znosiły, gdy ich wybory kwestionowano.

***

Pustynia jakby sama chciała zakryć wstyd Rin’Ka przed duchami. Nad obozem unosił się chłodny wiatr, przynosząc pył łagodny jak popiół i gorzki jak żal.

Przed naszym rodzinnym namiotem czekała matka.

Oczy miała zaczerwienione, choć nie uroniła ani jednej łzy. Trzymała w dłoniach torbę zrobioną z twardej skóry antylopy. Położyła ją przede mną.

— Zebrałam tylko to, co najpotrzebniejsze.
Głos drżał jej ledwie.
— Woda, suchy chleb, sól, nożyk, krzesiwo. I zioła, które chronią przed nocnym chłodem.

W drugiej ręce miała tkany koc, kolory klanu, z geometrycznym wzorem, którym przykrywano Falkany podczas burz.

— To dla niej.
Nachyliła się ku mnie.
— Jeśli została ci dana, musisz o nią dbać. Falkany nie znają litości, ale znają lojalność.

Przytuliłam matkę po raz pierwszy od lat.
Objęła mnie tak mocno, aż żebra zabolały.

— Nie pozwól, żeby pustynia cię złamała. Ja uważam to, co się stało, za cud.
— Nie złamie mnie, dziękuję — wyszeptałam, wtulając się w jej szyję.

Przy wejściu do obozu stali strażnicy.
Między nimi szamotał się Rowan.

— Zostawcie mnie!
Jego zwykle spokojny głos był teraz ostry jak świeżo naostrzona strzała.
— Nie możecie jej wyrzucić na pustynię! To nie jej wina!

Dwóch mężczyzn chwyciło go za ramiona.
Rowan próbował się wyrwać, ale jeden z nich trącił jego kolano, co zmusiło mojego brata do klęknięcia.

— Rowan! — zawołałam.

Na moment przestali go szarpać.
Jego wzrok przeszył ich jak zimny wiatr, pełen gniewu, bezsilności, ale też dumy. To on mnie wszystkiego nauczył. Wbrew poleceniom ojca nauczył mnie łucznictwa, obrony i tropienia. Byłam mu za to ogromnie wdzięczna.

— Jeśli umrze, duchy nigdy wam nie wybaczą — wysyczał.

Na jego słowa uchyliły się zasłony namiotu wodza. Ikira patrzył w naszą stronę.

Kalliasa nigdzie nie było.
Chyba nikt nie wiedział, gdzie jest. Często tak znikał, ale potwierdziły się moje przekonania, że mnie nie znosi, jeżeli zniknął nawet w takiej chwili.

Spojrzałam w stronę wieży strażniczej.

Ojciec.
I Azriel.

Patrzyli z góry, jakby obserwowali obcą dziewczynę, której historia nie była już ich problemem. Ojciec miał ręce skrzyżowane na piersi, nie gniewnie, nie z żalu. Wiedziałam, że to dla niego najłatwiejsza droga, milczenie.

Azriel stał obok, ramiona drżały mu lekko.
Z wściekłości, że to nie on został dziś wybrany.

Srebrny cień klaczy odbijał się w jego oczach.

Gdy spojrzał w dół, wprost na mnie, nie było w nim ani nienawiści, ani miłości, tylko gorzka zazdrość, która paliła jak żar.

Wódz Ikira czekał przy bramie obozu, wysokiej konstrukcji z drewna i glinianych rzeźb. Płonące pochodnie rzucały pomarańczowe światło na jego pomarszczoną twarz.

Gdy podeszłam bliżej, uniósł laskę i przemówił.

— Córko Rin’Ka.
Jego głos odbił się od pali, od skał, od spojrzeń ukrytych w cieniu.
— Nie wyrzucamy cię za winę. Zostajesz wygnana za to, co w tobie obce naszym tradycjom.

— Idziesz więc drogą samotności, aż pustynia przemówi i przyniesie znak.

Przerwał, po czym dodał ciszej, niemal łagodnie:

— Nie umrzyj tam. Rin’Ka nie zniesie kolejnego grzechu.

Z boku dało się słyszeć wzburzone rżenie.
Klacz przepchnęła się między strażnikami. Lumi górowała nad dorosłymi mężczyznami. Przyglądałam się, jak dumnie idzie, zerkając, czy źrebię, które szło tuż za nią, jest bezpieczne. Zatrzymała się przy mnie, szturchając pyskiem moje ramię, jakby mówiła, żeby wyruszać już w drogę.

Nigdy tutaj nie wrócę, pomyślałam stanowczo, zerkając gniewnie na ojca. A on będzie dla mnie już tylko Ibrahimem. Kiedy jednak mój wzrok zawiesił się na matce i starszym bracie, wyraz mojej twarzy złagodniał. Będę za nimi tak bardzo tęsknić.

Matka ocierała co krok łzy z czerwonych policzków.

Strażnicy otworzyli bramę, a ciemność pustyni ukazała się przede mną, szeroka i głucha.

Wzięłam torbę, koc i odetchnęłam głęboko.

Rowan szarpnął się ostatni raz, krzycząc.

— Zuleika! Pamiętaj, duchy nie wybierają słabych!

Ojciec z wieży odwrócił wzrok.
Azriel patrzył, jakby próbował zapamiętać tę chwilę na zawsze.

Wtedy wyszłam poza bramę. Lumi i jej źrebię ruszyły za mną.

Brama zamknęła się z głuchym hukiem, który rozszedł się po moich kościach jak echo końca jednego życia i początku drugiego.

Poprzednia historia: 3 Ael’Thari
Następna historia: 5 Ael’Thari