5 Ael’Thari
Wiedziałam od dziecka, że pustynia nie zapomina od razu. Że zanim wiatr wygładzi ślady, zajmuje to trochę czasu. Ten fakt mnie niepokoił, nie chciałam być śledzona. Teraz czułam to niemal fizycznie. Napięcie, które jeszcze drżało w powietrzu, zapach potu i piasku oraz sierści Lumi. Szłyśmy już kilka dni, ciągle przed siebie. Po Piaskowym Drzewie nie było już śladu, kiedy patrzyłam na horyzont, a w torbie zaczynało brakować jedzenia. Przewieszony przeze mnie łuk zaczynał już uwierać, a strzały mi ciążyły.
Przykucnęłam za skalnym załomem, dłonią przyciskając pysk Lumi. W dół szły ślady butów. Klacz oddychała szybko, nerwowo, a źrebię przyciskało się do jej boku, już znacząco większe niż wtedy, gdy zobaczyłam je po raz pierwszy.
— Cicho — wyszeptałam, choć wiedziałam, że duchy pustyni słyszą ciszę lepiej niż słowa.
Ślady prowadziły w dół wąwozu. Ciężkie kroki ludzi. Trzy pary. Może cztery. Zatrzymały się nagle, jakby przerwane w pół ruchu, a potem rozpierzchły się chaotycznie, splątane. Krew kapała na piasek w krótkich, urwanych liniach. Pod ścianą leżało ciało, ale nie odważyłam się podejść bliżej.
Nie ja ich spłoszyłam.
Ktoś inny był tu przede mną.
Ktoś, kto polował na ludzi?
Usłyszałam cichy jęk, niemal zagłuszony przez wiatr. Dochodził zza kamieni, tam, gdzie wąwóz skręcał ku wyschniętemu korytu rzeki. Napięłam mięśnie, gotowa do ucieczki. Łuk zacisnęłam w dłoni i powoli nałożyłam strzałę na cięciwę.
Wychodząc zza kamienia, zobaczyłam go.
Leżał na boku, częściowo osłonięty cieniem skały. Jedno z ramion miał nienaturalnie wykrzywione, koszula była przesiąknięta krwią przy boku. Oddychał płytko, nierówno, jakby każde wciągnięcie powietrza zadawało mu ból.
Był człowiekiem nie z tych ziem. Nie duchem. Nie cieniem.
To pewnie z jego rąk zginął leżący nieopodal mężczyzna. Przeszedł mnie dreszcz i już chciałam zawrócić.
To była pierwsza myśl, szybka, instynktowna. Odejść, zanim się obudzi. Zanim zobaczy Lumi. Zanim podniesie broń. Wygnanie nauczyło mnie jednego szybciej niż wszystkie nauki klanu. Muszę uważać na wszystko wokół.
Źrebię parsknęło cicho.
Zacisnęłam powieki. Przypomniałam sobie chłód kamieni u korzeni Piaskowego Drzewa, ciężar spojrzeń starszyzny, słowa, które wykluczyły mnie z ich świata jednym oddechem.
Jeśli teraz odejdę, zostawię go na śmierć. Tak po prostu. Jak oni zostawili mnie.
Ale przypomniały mi się słowa Rowana. Jeśli umrze, duchy nigdy wam nie wybaczą.
Nie mogłam go zostawić.
Otworzyłam powoli oczy.
— Zostań — szepnęłam do Lumi.
Klacz poruszyła grzywą, ale nie cofnęła się. Stała spokojnie, ze źrebakiem u boku.
Podeszłam wolno, uważając na każdy krok. Jego broń leżała kilka stóp dalej, długi nóż, częściowo wbity w piasek. Kopnęłam go delikatnie, odsuwając poza zasięg dłoni rannego, a potem uklękłam obok.
Krew była ciepła, a mężczyzna wydawał z siebie pomruk. Pierwsze, co przyszło mi na myśl, słysząc ten dźwięk, to żebra. Któreś z nich było złamane.
— Nie umieraj — powiedziałam cicho, bardziej do siebie niż do niego.
Rozdarłam pasek materiału z cienkiego koca, który niosłam przy sobie od początku drogi, i przycisnęłam go do rany. Mężczyzna poruszył się gwałtownie, wydając zduszony dźwięk, ale nie otworzył oczu. Wyszeptał jednak coś niezrozumiałego. Imię? Miejsce? Przekleństwo?
Zapamiętałam brzmienie, choć to słowo nie miało dla mnie żadnego sensu.
Gdy skończyłam go opatrywać, byłam brudna od krwi i piasku. Księżyc przesunął się wyżej, a wiatr zaczął zasypywać ślady walki. Pustynia brała to, co jej zostawiono. Nie rozpalałam ogniska, nie wiedziałam, czy ci ludzie nie są wciąż blisko.
Mężczyzna obudził się nagle.
Jego ręka powędrowała w miejsce, gdzie powinna być broń. Oczy rozszerzyły się, gdy mnie zobaczył, potem Lumi, potem źrebię.
— Nie krzycz — powiedziałam szybko, odsuwając się od niego. — Jeśli krzykniesz, wrócą.
— Kto? — wychrypiał.
— Ci, którzy ci to zrobili.
Patrzył na mnie długo, z napięciem, które niemal można było dotknąć. W końcu opuścił rękę. Ostrożnie. Jak ktoś, kto wie, że każdy ruch może być ostatnim. Wciąż mnie jednak obserwował.
— Ty mnie… — urwał. — Dlaczego?
Zawahałam się.
— Byłeś ranny — powiedziałam. — Nie zostawiam rannych na pastwę losu.
To wystarczyło.
Milczeliśmy chwilę, słuchając wiatru. Lumi poruszyła się, ale nie zbliżyła, obserwowała go czujnie, jakby ważyła jego istnienie.
— Nie jesteś stąd — powiedział w końcu.
— Ty także.
Skinął głową, jakby rozumiał, że nie chcę wyjawiać więcej.
— Tropiłem ich od trzech dni — mruknął. — Kradną i sprzedają to, co nie chce być sprzedane.
Spojrzałam na Lumi.
— Nie wszystko da się kupić — odpowiedziałam.
Na moment w jego oczach pojawiło się coś, czego nie potrafiłam nazwać. Nie strach. Nie gniew. Coś pomiędzy.
— Jeśli odejdziesz — powiedział cicho — nie ruszę się stąd.
— A jeśli zostanę?
— Wtedy będę ci winien życie.
Potrząsnęłam głową. Z nim droga byłaby bezpieczniejsza.
Wiatr zmienił kierunek. Źrebię wysunęło się zza boku matki i zrobiło jeden niepewny krok w stronę nieznajomego, po czym położyło się, zupełnie jak mała kózka. Jakby nagle zrozumiało własną odwagę.
Mężczyzna spojrzał na nie w milczeniu. W jego oczach zauważyłam iskierkę.
— Dobrze — powiedział w końcu. — Więc rozdzielamy się?
— Nie — odpowiedziałam.
Kiwnął jedynie głową na zgodę.
***
Ogień był mały. Taki, który nie zdradzał pozycji z daleka, a jednak wystarczał, by noc nie była całkiem ślepa. Tutaj, między kamiennymi ścianami i klifami, było zimniej niż na otwartej pustyni. Zimno wylewało się z podłoża.
Płomień zatańczył krótko, syknął, uspokoił się. Źrebię spało spokojnie przy boku Lumi. Uwielbiałam na nich patrzeć.
Mężczyzna siedział naprzeciw, oparty plecami o skałę, z dłonią na żebrach. Był blady, ale oddychał już równiej. Bandaż na boku przesiąkł tylko trochę, dobry znak. Obserwował mnie uważnie, nie kryjąc tego wcale. Patrząc w jego stronę, unikałam jego spojrzenia.
— Nie boisz się? — zapytał w końcu.
Podniosłam wzrok znad ognia.
— Czego?
— Mnie. — stwierdził, poprawiając lekko owinięty dookoła jego tali kawałek koca.
Pomyślałam chwilę i wrzuciłam do płomienia cienką gałązkę, drewno trzasnęło cicho.
— A powinnam? — powiedziałam. — Sam powiedziałeś, że jeśli zostanę, będziesz mi winien życie.
Uśmiechnął się krótko, bez wesołości.
Wiatr poruszył płomień. Iskry wzniosły się i zgasły, zanim zdążyły stać się czymś więcej.
— Tropiłeś ich? — przysunęłam dłonie bliżej ognia. — Dlaczego?
— Bo ktoś musi — odparł. — A oni nie spodziewają się, że będą ścigani.
— Sprzedają Falkany.
— Sprzedają wszystko — poprawił. — Jeśli ktoś zapłaci a potem zabijają niewinnych.
Między nami zapadło ciężkie milczenie, ale nie nieprzyjemne. Owinęłam się szczelniej kocem matki, teraz lekko zniszczonym. Spojrzałam na jego część owiniętą wokół boku mężczyzny.
— W fortach — ciągnął — uczą się, jak je łamać. Jak sprawić, żeby słuchały. Jak zrobić z nich broń.
— Nie słuchają każdego — powiedziałam cicho. — Wybierają.
Spojrzałam na śpiącą Lumi. Podniósł na mnie wzrok.
— Wszystko da się zmusić — odparł spokojnie. — Trzeba tylko wiedzieć, jak.
To była iskra. Nie ta z ognia, ta, która pali głębiej.
Wstałam. Ruch był szybki, gwałtowny, jakbym zerwała się do walki. Lumi poruszyła się natychmiast, unosząc głowę.
— Nie — powiedziałam ostro. — Nie wszystko.
— Widziałem — ciągnął, nie podnosząc głosu. — Widziałem Falkany z połamanymi nogami, z metalem w karku. Widziałem, jak padały.
— Bo ludzie tacy jak ty myślą, że to kwestia narzędzi — syknęłam. — A nie wyboru.
Wstał wolniej, ostrożnie, wspierając się o skałę. Ból musiał być ostry, widziałam to po jego szczęce.
— A ty myślisz, że wybór wystarczy? — zapytał. — Że duchy zatrzymają miecz?
— Myślę — odpowiedziałam, zbliżając się o krok — że jeśli zapomnisz, kim są, przegrasz szybciej, niż myślisz.
Między nami było teraz niewiele miejsca. Ogień trzaskał cicho.
— Dlatego je chronię — powiedział. — Zabijam tych, którzy je sprzedają.
— Zabijasz ludzi — poprawiłam.
— A ty pozwoliłabyś im odejść?
Pytanie było proste. I okrutne.
Zawahałam się. Przez ułamek sekundy widziałam twarze starszyzny, kamienne i spokojne. Wyrok bez krwi. Wyrok bez miecza.
— Tak — powiedziałam w końcu. — Ale nigdy nie byłam w takiej sytuacji.
— A jeśli nie? Jeśli nie można dać im odejść? — odparł.
Spojrzałam znów na Lumi. Klacz patrzyła na nas oboje, nieruchoma, jak posąg wyciosany z piasku i wiatru.
— Wtedy. To nie ja będę decydować.
Wędrowiec parsknął krótko.
— Nie lubię oddawać decyzji.
— Ja też nie — odpowiedziałam. — Ale nauczyłam się, że nie zawsze są nasze.
Odsunął się pierwszy. Usiadł ciężko, oddychając głębiej, jakby rozmowa kosztowała go więcej niż walka. Też wróciłam na swoje miejsce.
— Jutro — powiedział po chwili — pójdą dalej. Ci, którzy uciekli. Jeśli ich nie zatrzymam, wrócą z innymi.
— Jeśli pójdziemy za nimi — odparłam — narazimy źrebię.
— Jeśli nie pójdziemy — spojrzał mi prosto w oczy — narazisz wszystkie inne Falkany i bliskich z pustyni, z której przybyłaś. Nie wiadomo zresztą, czy już nie są narażeni.
To była prawda. Niewygodna. Ostra.
Noc zgęstniała wokół nas. Źrebię poruszyło się przez sen, a Lumi nachyliła ku niemu głowę.
— Nie jesteśmy tacy sami — powiedziałam cicho.
— Nie — zgodził się. — Ale idziemy w tym samym kierunku. Przynajmniej na razie.
Długo milczeliśmy. Ogień dogasał, zostawiając żar. Światło odbijało się od jasnej skóry mężczyzny.
— Zostaniesz? — zapytał w końcu.
Spojrzałam na horyzont, gdzie pustynia zlewała się z nocą.
— Tak — odpowiedziałam. — A potem zobaczymy, co dalej.
To było uczciwe. Niczego więcej się nie spodziewał.
Położyłam się niedaleko ognia, przyciągając bliżej łuk. Czułam ciepło a zarazem chłód powietrza jednocześnie.
— Jak masz na imię? — zapytałam krótko, nie wiedząc, czy mężczyzna już nie śpi.
— Zayn. A ty?
— Zuleika — odpowiedziałam krótko i obróciłam się na drugi bok.
Odpoczywałam czujnie, wciąż zerkając na źrebaka.
***
Poranek był chłodny, a ziemia jeszcze twarda po nocnym wietrze.
Lumi stała niespokojnie, stąpając ciężko. Jej mięśnie pracowały pod skórą, wyczuwalne przy każdym poruszeniu. Ogon poruszał się krótko, nerwowo, zdradzając napięcie. Źrebak przyglądał się uważnie.
Zayn podał mi pas.
— Nie zapinaj go jeszcze — powiedział. — Najpierw musi poczuć ciężar.
Skinęłam głową. Podeszłam do Lumi spokojnie, od przodu, tak by zwierzę mnie widziało. Położyłam dłoń na jej szyi, czekając, aż klacz przestanie napinać mięśnie.
— Spokojnie, Lumi — wyszeptałam. — To tylko ja.
Lumi parsknęła cicho, przesunęła ciężar z jednej nogi na drugą, ale nie cofnęła się.
— Dobrze — mruknął. — Teraz pas.
Skóra dotknęła futra. Klacz drgnęła, odruchowo napinając grzbiet.
— Luźno — ostrzegł. — Jeśli ją ściśniesz, pomyśli, że to zagrożenie.
— Po co mi w ogóle potrzeby pas? — fuknęłam w jego stronę.
— A wolisz spadać nie mając się czego chwycić?
Kiwnęłam głową. W sumie miał rację, chociaż nikt w klanie nigdy nie stosował takich sposobów. Jednak to powinnam zostawić już za sobą.
Zapinałam pas powoli, zostawiając przestrzeń na ruch mięśni. Pas nie miał prowadzić, tylko dawać punkt zaczepienia.
— Spróbuj się wspiąć od boku — dodał. — I nie wskakuj.
Oparłam się dłonią o grzbiet Lumi. Najpierw tylko tyle. Klacz była o wiele wyższa niż zwykłe wierzchowce. Zastanawiałam się, jak się na nią dostanę.
Cofnęłam rękę.
— Widzisz? — powiedział wędrowiec cicho. — Już jest spokojniejsza.
Spróbowałam ponownie. Tym razem przeniosła część ciężaru powoli, zostawiając resztę na ziemi. Lumi napięła mięśnie, ale nie ruszyła się.
— Oddychaj z nią — dodał. — Jeśli ty się uspokoisz, ona też.
Zsynchronizowałam oddech z rytmem Lumi. Dopiero wtedy uniosłam się na ramionach.
Zayn złapał mnie za kostkę i pomógł wdrapać na grzbiet Falkana, przytrzymując jednocześnie swoje żebra. Klacz zaczęła kołysać się z boku na bok, jakby przyzwyczajając się do mojego ciężaru. Wisiałam na brzuchu, przewieszona przez jej grzbiet.
Źrebak patrzył na mnie z zastanowieniem.
Przez moment wszystko było napięciem. Lumi drgnęła, robiąc pół kroku w bok.
Natychmiast zeszłam.
— Wystarczy — powiedział. — Na dziś doskonale.
Lumi odwróciła głowę. Dotknęła pyskiem mojego ramienia krótko, niepewnie.
— Jutro spróbujemy znowu — powiedziałam.
Zayn tylko obrócił oczami.
I właśnie to było dla mnie najważniejsze.
By jej nie zmuszać.