Nerth

Obraz autorstwa: freepik

6 Ael’Thari

Sandy / 16 grudnia 2025 / Kategorie:

Wiedziałam, że coś jest nie tak. Wokół panował zbyt długi spokój.

To było to samo uczucie, które towarzyszyło mi od początku drogi: niepokój bez obrazu, napięcie pod skórą, jakby powietrze było zbyt gęste, by oddychać swobodnie.

Lumi stała nieruchomo, zwrócona pyskiem ku wąwozowi. Źrebię spało jeszcze, przytulone do jej kopyt, ale oddychało szybciej niż zwykle, jakby śniło.

Nie obudziłam Zayna od razu. Wstałam i strzepałam nagromadzony na moim kocu piasek.

Przykucnęłam i przesunęłam dłonią po podłożu, tam gdzie nocą wiatr zdążył już wygładzić ślady ogniska. Wydawało się, że wszystko jest tak, jak powinno. A jednak…

Kilka kroków dalej piasek był naruszony inaczej.

Nie były to ciężkie odciski butów, jakie widziałam dzień wcześniej. Te były płytsze, ostrożniejsze. Jakby ktoś stawiał stopy świadomie, wybierając twardsze miejsca między kamieniami. Jakby nie chciał zostawić śladu. Jakim cudem nas nie obudził?

Przesunęłam się wolno wzdłuż ściany wąwozu.

Ślady prowadziły równolegle do naszej trasy. Nie zbliżały się. Nie oddalały. Jak cień.

— Zayn — powiedziałam w końcu cicho.

Poruszył się od razu. Obudził się gwałtownie, a jego dłoń automatycznie powędrowała do noża, którego nie znalazł przy sobie. Broń nadal leżała obok ogniska, tam gdzie ją wczoraj zostawiłam.

Spojrzał na mnie pytająco.

Wskazałam na piasek.

Zrozumiał.

— To nie handlarze — mruknął po chwili, kucając obok — Oni nie potrafią chodzić tak cicho.

— Ktoś nas obserwuje.

To zdanie zawisło między nami. Lumi parsknęła krótko, jakby potwierdzając.

Nie ruszyliśmy od razu. Zayn obszedł nasz mały obóz szerokim łukiem, sprawdzając kamienie, zagłębienia, każdy cień, który mógł kryć człowieka. Ja zostałam przy Lumi i źrebięciu z dłonią na łuku.

Byłam gotowa ich bronić i coraz bardziej czuwałam, że będę musiała zdradzić swoje wierzenia i morale.

Zayn wrócił po chwili, nie znalazł nikogo.

— Pójdziemy inną drogą — powiedział w końcu — Wąwóz dalej się rozwidla. Zgubimy trop.

— Mam pomysł — odpowiedziałam.

Spojrzał na mnie krótko.

Zdjęłam z siebie koc i podeszłam do Lumi.

— Będziesz zacierać ślady — powiedziałam, wiążąc koc po obu stronach klaczy, zaczepiając boki o pas znajdujący się wokół jej brzucha.

— Już myślisz jak tropiciel.

— Myślę jak ktoś, kto nie chce zostać zabity.

Ruszyliśmy.

Klacz na początku wzdrygała się na szelest koca, ale z każdym krokiem stawała się odważniejsza.

Prowadziłam źrebię przed nią, by Lumi poruszała się centralnie za nami, ścierając z powierzchni pustyni nasz trop.

Droga była trudniejsza, niż się spodziewałam. Wąwóz zwężał się, kamienie pod stopami były ostre, niestabilne. Co jakiś czas rozdzierały koc. Lumi szła wolniej, ostrożniej, jakby czuła, że przestrzeń wokół nas gęstnieje.

Źrebię potknęło się raz, drugi. Za trzecim razem Lumi zatrzymała się gwałtownie, osłaniając je przed kolejnym potknięciem.

— Spokojnie — szepnęłam, głaszcząc jej szyję — Już dobrze.

Zayn spojrzał na nie z napięciem.

— To nie ich wina — powiedziałam, gromiąc go spojrzeniem.

Kilka godzin później znaleźliśmy pierwsze potwierdzenie, że nie byliśmy sami.

W bocznym korycie, niemal niewidocznym z głównej drogi, leżał człowiek.

Żył. Ledwie.

Miał przestrzelone udo i rękę zabandażowaną byle jak, zakrwawioną, brudną. Oddychał ciężko, z trudem.

— Jeden z nich — powiedział Zayn bez wahania.

— Albo ktoś, kogo dopadli.

Podniosłam łuk.

— Masz za dużo optymizmu.

Spojrzałam na niego.

— Zaczynam go tracić — wymamrotałam, naciągając strzałę.

Podeszliśmy bliżej. Człowiek poruszył się, gdy cień padł na jego okrytą twarz. Oczy miał rozszerzone, szkliste. Gdy zobaczył Lumi, zaczął bełkotać i próbować się cofnąć. Po głosie poznałam że to kobieta. Czyżby wojowniczka? Pierwszy raz widziałam kobietę, która miała przy sobie nóż takich rozmiarów.

— Spokojnie — powiedział Zayn — Nie przyszliśmy cię dobijać.

— Kłamiesz — wychrypiała — Wszyscy kłamiecie.

Zayn uklęknął obok niej.

— Ilu was zostało?

Kobieta zaśmiała się krótko, gorzko.

— Więcej, niż myślisz.

To wystarczyło.

Nie zabiliśmy jej. Zostawiliśmy ją w cieniu skały.

— Jeśli przeżyje, powiadomi innych — powiedział.

— A jeśli nie? Duchy nie wybaczają pozostawiania rannych.

— Pustynia decyduje — podniósł dłoń i odwrócił się ode mnie.

Nie odpowiedziałam.

Mimo tego, że chciałam pomóc cierpiącej kobiecie, ruszyliśmy dalej.

***

Ślady pojawiały się i znikały. Czasem widziałam je wyraźnie, czasem tylko czułam ich obecność, jakby ziemia szeptała pod stopami.

Po południu Lumi nagle przyspieszyła. Nie z mojego polecenia.

Źrebię pobiegło razem z nią, zaskakująco sprawnie. Zayn zaklął pod nosem.

— Co się dzieje?

Nie zdążyłam zapytać.

Zza skał wyszło dwóch ludzi.

Mieli inne ubrania, lżejsze, dopasowane do marszu. Broń nosili widocznie, bez próby ukrycia. Zupełnie tak jak Zayn.

— Zayn — powiedział jeden z nich, uśmiechając się — Długo cię szukaliśmy.

Mężczyzna zatrzymał się powoli.

— Czemu zawdzięczam ten trud?

— Martwiliśmy się o ciebie — odparł drugi — Zwłaszcza teraz, kiedy psują się interesy.

Stanęłam bliżej Lumi, łuk uniesiony.

— Dziewczyna nie musi cierpieć — powiedział pierwszy — Możemy to załatwić między sobą.

— Nie — odpowiedział Zayn — Jesteście mi winni przysługę. Dacie nam iść dalej.

Mężczyźni spojrzeli po sobie.

— Szkoda — mruknął ten drugi — Bo ktoś zapłacił dużo, żeby ją zobaczyć — wskazał na mnie palcem.

Źrebię zapiszczało cicho.

Lumi cofnęła się o krok, stając przede mną.

— Odejdźcie — powiedziałam — Teraz.

Zaśmiali się.

— Widzisz — powiedział pierwszy do Zayna — pustynia zapamiętuje kroki. Twoje także. Wiemy, dokąd ją prowadzisz.

Zrobili krok w tył. Nie uciekli. Zniknęli między skałami, jakby nigdy ich tu nie było.

Zayn stał długo w milczeniu.

— To byli starzy znajomi — powiedział w końcu — Tułacze.

Spojrzałam na Lumi. Zapalił się we mnie cień nieufności. Nie to, żebym kiedykolwiek mu ufała.

— A my?

— My — odpowiedział — jesteśmy teraz warci więcej, niż wczoraj.

— O czym ty w ogóle mówisz?! — wycelowałam w niego napięty łuk, aż cięciwa wydała cichy dźwięk.

— Spokojnie! — powiedział, podnosząc obie ręce — Szli tylko z miejsca, które chcę ci pokazać — podszedł bliżej i dotknął końcówki strzały, obniżając ją — Żebyś zrozumiała wagę sprawy.

— Mogę ci zaufać? — zapytałam, ściągając powoli strzałę z łuku.

— Oczywiście.

Nie widziałam na jego twarzy kłamstwa. Wciąż przyglądał się moim dłoniom.

— Nie musisz się obawiać, a jeżeli chcesz odejść — spojrzał na mnie — droga wolna — wskazał na przebytą już przez nas ścieżkę.

Podeszłam do Lumi i zdjęłam zawieszony koc. Był już znacząco podarty, ale wciąż pełen wspomnień. Zarzuciłam go na grzbiet klaczy a pas założony na nią wcześniej, rozpięłam i rzuciłam pod stopy Zayna.

— Nie potrzebujemy tego. — mruknęłam i ruszyłam przodem.

Nie obejrzałam się już za nim.

Nie mogłam zawrócić. Tam już nikt na mnie nie czekał.

Poprzednia historia: 5 Ael’Thari