3 Alo’ka z krainy jutra
Nastał ranek, chłodny i cichy. Mgła unosiła się nisko nad wyspą, jakby morze nie chciało jeszcze wypuścić nocy ze swoich objęć. Rycerze zostali. Postanowili podążać za wskazówkami czarownicy. Chcieli jednak nauczyć się czegoś nowego. W walce każda umiejętność miecza się liczy, jednak spodziewali się również nowego lepszego cudu, którym podzieli się Alo'ka.
Nie wpuściła ich do chaty. Nikt, kto nosił stal i wojnę w sercu, nie przekraczał jej progu po zmroku.
Rozpalili ognisko obok chaty, na kamiennym kręgu pamiętającym czasy starsze niż Zorowia. Płomienie trzaskały, a iskry unosiły się ku bladoniebieskiemu niebu. Rycerze ćwiczyli w ciszy: miecze świstały w powietrzu, tarcze zderzały się z głuchym odgłosem. Chcieli być gotowi na to, co sprawiło, że ich wioska pogrążyła się w strachu.
Alo’ka obserwowała ich z dystansu.
Zawsze kochała dzieci. Ich śmiech był dla niej czystszy niż najstarsze zaklęcia, a sen dziecka potężniejszy niż magia burz. A jednak… nigdy nie mogła ich mieć. Ziemia postawiła przed nią wybór: albo moc, albo macierzyństwo. Gdy przyjęła runy i pieczęcie przyszłości, drzwi do życia, które mogłaby wydać, zamknęły się na zawsze.
Ból był jak cichy przypływ — wracał nocą.
Znała jednak zaklęcia, które go uciszały.
Najczęściej sięgała po Szept Matki Głębin. Zapalała wtedy małe naczynie z gliny, wrzucała do niego suszoną lawendę morską, korzeń lunii i kroplę słonej wody z miejsca, gdzie się narodziła. Przykładała dłonie do ziemi i szeptała starą modlitwę w języku, którego już nikt nie znał. Ziemia odpowiadała ciepłem, a ból — choć nie znikał — zasypiał.
Gdy rycerze zakończyli ćwiczenia, Alo’ka podeszła do nich.
— Tylko kilku z was dostanie amulety — oznajmiła bez emocji.
Z torby wyjęła małe, surowe krążki z czarnego kamienia, w które wtopione były pojedyncze runy ochrony.
— Te amulety ochronią was przed pierwszym uderzeniem śmierci — powiedziała. — Drugiego nie zatrzymają.
— Dlaczego? — zapytał jeden z rycerzy.
Alo’ka spojrzała mu prosto w oczy.
— Bo nie ufam wam bezgranicznie. Stal i strach czynią ludzi zdolnymi do zdrady. Nie pozwolę, by pod pretekstem wdzięczności ktoś spróbował mnie zabić.
Nikt nie zaprzeczył.
Poranek rozciągał się leniwie nad wyspą. Słońce nie wzeszło jeszcze wysoko, ale jego światło odbijało się od zbrojach rycerzy. Każdy ruch powodował cichy dźwięk metalu, jakby sama ziemia liczyła ich kroki. Hełmy były u stóp kamiennego kręgu, a tarcze oparto o głazy porośnięte mchem.
Alo’ka stała naprzeciw nich.
Jej strój różnił się od wszystkiego. Miała na sobie długą, ciemną suknię, przetkaną srebrnymi nićmi, które wyszyte w spiralne wzory przypominały fale i korzenie. Ramiona przykrywał płaszcz z grubego lnu, spięty klamrą w kształcie półksiężyca. Pas z miękkiej skóry oplatał jej biodra, w kształcie mocno zbliżonych do siebie okręgów, a przy nim zwisały sakiewki, fiolki, małe noże przeznaczone na rytuły oraz pióra o różnych barwach. Jej bose stopy dotykały ziemi bez lęku, jakby znały każdy jej oddech. Ona czuję ziemię, ona jest ziemią.
— Zanim ruszymy dalej — odezwała się spokojnie — musicie nauczyć się magii, którą znacie od zawsze.
Rycerze spojrzeli po sobie. Ktoś prychnął cicho.
— My nie znamy magii — powiedział jeden z nich. — Jesteśmy żołnierzami. -- Śmiech rozbrzmiał po żołnierzach.
Alo’ka uniosła brew.
— Każdy ją zna — odparła. — Tylko nikt nie mówi o niej głośno. — Mówiła to z taką oczywistością, że rycerze delikatnie zwątpili.
Zrobiła krok naprzód. Zbroje rycerzy zabłysły jaśniej, gdy słońce podniosło się wyżej, jakby światło samo chciało być świadkiem tej chwili.
— To magia oddechu i intencji. Najstarsza. Najcichsza. Nie wymaga run, krwi ani ofiar. Wymaga tylko… prawdy. — Mówiła to z powagą wyrytą na twarzy. Jednak było w niej trochę złości.
— To niemożliwe — odezwał się inny. — Gdyby tak było, każdy by jej używał. — Oburzył się jeden z nich.
— Właśnie dlatego jej nie używają — odpowiedziała. — Bo wymaga przyznania się do strachu. — Założyła ręce i patrzyła na wszystkich z góry.
Zapadła Mroczna cisza, fale delikatnie się wzburzyły, choć poranek wydawał się spokojny.
Alo’ka powoli przeszła wzdłuż kręgu, jej palce musnęły powierzchnię jednego z kamieni. Kamień zadrżał ledwie wyczuwalnie. Nagle skierowałam palcem na mężnego.
— Ty — wskazała jednego z rycerzy. — Podejdź.
Mężczyzna zawahał się. Był wysoki, ramiona miał szerokie, a zbroja nosiła ślady wielu bitew. Jego oczy zabłysnęły, nie w nadzieji, a w lęku, który nosił w sobie od czasu wędrówki z wnioski aż tutaj. W końcu zrobił krok do przodu.
— Połóż dłoń na ziemi — poleciła.
— To… to bez sensu — mruknął, ale uklęknął.
— Zamknij oczy. Oddychaj. Nie jak wojownik. Jak dziecko, które jeszcze nie nauczyło się bać.
Rycerze obserwowali w napięciu. Alo’ka pochyliła się ku mężczyźnie.
— Teraz pomyśl o chwili, gdy chciałeś kogoś ochronić, ale nie mogłeś. Po prostu nie byłeś w stanie.
Mięśnie na jego twarzy napięły się. Jego dłoń drgnęła.
— Nie otwieraj oczu — szepnęła. — Pozwól, by ziemia to poczuła. -- Mężczyzna jęknął a na czole wystąpiły kropelki potu.
Minęła długa chwila. Wiatr rozwiał żwir między nimi, ognisko zaskrzypiało cicho. I wtedy… ziemia pod dłonią rycerza lekko zajaśniała. Nie światłem, lecz ciepłem. Jak żar pod popiołem.
— Odsuń rękę — powiedziała Alo’ka. Postępując kroku ku mężnemu. Dotknęła jego ramienia i widziała to, o czym właśnie myslał rycerz.
Gdy zabrał rękę z ziemi , pozostał na niej delikatny znak, ledwie widoczny, jak odciśnięta pamięć.
— To… — rycerz wstał powoli, blady. — To niemożliwe.
— A jednak — odpowiedziała, prostując się zgrabnie.
Pozostali cofnęli się odruchowo. Ktoś przeżegnał się, inny ścisnął rękojeść miecza.
— To był przypadek — odezwał się jeden. — Albo twoja magia.
Alo’ka uśmiechnęła się smutno.
— W takim razie spróbujcie. Wyciągnęła ręce ku kolejnym Rycerzom, zrobili to samo.
Niechętnie, z wahaniem, kolejni rycerze klękali. Ich zbroje lśniły w porannym świetle. Próbowali oddychać, jak kazała. Większość niczego nie czuła. Niektórzy otwierali oczy z frustracją.
— Skupiacie się na sile — mówiła Alo’ka. — A to magia słabości, nie o to chodzi. -- stanęła bezruchu i przypatrywała się każdemu z osobna. Do niektórych podchodziła, jednak nie ma tyle blisko żeby im nie przeszkadzać. Była jak cień.
Dopiero trzeci z kolei poczuł coś więcej. Jego oddech się urwał.
— Jest… ciepło — wyszeptał, a gdy inni to usłyszeli, otworzyli oczy i szukali wzrokiem tego, co to powiedział.
— Dobrze — skinęła głową. — To wystarczy.
Z czasem zwątpienie ustąpiło, Rycerze powoli się oswajali, uczyli się powoli. Ich ruchy były sztywne, niepewne, ale każdy drobny sukces sprawiał, że cisza wokół nich stawała się cięższa.
Alo’ka obserwowała ich uważnie. Wiedziała, że ta magia nie uczyni ich potężnymi. Uczyni ich uważnymi. A to było groźniejsze niż miecze.
— Zapamiętajcie — powiedziała na koniec. — To, czego się nauczyliście, nie ochroni was przed wszystkim. Ale pozwoli wam usłyszeć świat, zanim krzyknie.
Gdy słońce wspięło się wyżej, rycerze stali już inaczej. Nadal w zbrojach, nadal gotowi do walki — ale coś w nich pękło. I coś nowego zaczęło się wypełniać.
Alo’ka odwróciła się ku lasowi.
— Teraz możemy iść po dzieci — rzekła cicho. — Bo tylko ten, kto pamięta, że był bezbronny, ma prawo je chronić. Gdy wyruszyli. Szli ku ruinom na skraju lasów Zorowii, gdzie ziemia była spękana, a drzewa rosły pod nienaturalnym kątem. Tam, według wizji Alo’ki, ktoś budował bramę — nie z kamienia, lecz z lęku i krwi. Każde porwane dziecko było jak kamień w fundamencie przejścia, które miało połączyć świat Zorowii z miejscem, gdzie nie ma światła. Gdzie jest przeraźliwy chaos i najgroźniejsza cisza.
Alo’ka szła na czele. Gdy natknęli się na ślad małych stóp, uklękła i dotknęła ziemi. Przesunęła nią raz po raz.
— Żyją — powiedziała cicho. — Jeszcze. -- Ściągnęła brwi i zamknęła oczy.
Jej runy zapłonęły słabo. Wiedziała, że jeśli dotrą za późno, nawet ona — córka oceanu i ziemi — nie cofnie tego, co zostało wezwane.