2 Ael’Thari
Zatrzymałam się na moment, mrużąc oczy. Za plecami miałam już obozowisko, wciąż rozświetlone ogniskiem i czujnymi spojrzeniami strażników. Każde zbyt głośne westchnienie mogło zdradzić moją obecność. Kroki stawiałam jak najciszej, zatapiając się w chłodnym, nocnym piasku.
Falkany spały niespokojnie, pochrapując cicho i przestępując z nogi na nogę. Głowy miały uniesione, jakby nawet we śnie czuwały. W ich oczach lśniły odbicia gwiazd. W naszym klanie Falkanów było dwadzieścia i każdy należał do wojownika.
Mój ojciec wybrany został przez dużego karego ogiera jeszcze przed moimi narodzinami, a dwóch starszych braci wybranych zostało przez swoje Falkany w niedużym odstępie czasowym. Byłam mała, gdy to się stało, ale mogę przywołać te wspomnienia jak przez mgłę. Najstarszy brat, Rowan, był towarzyszem białej klaczy, a młodszy, Kallias, brązowego ogiera. Potem byłam ja i mój najmłodszy brat Azriel. Oboje nie posiadaliśmy Falkanów.
Serce dudniło mi tak mocno, że obawiałam się, iż zwróci na siebie uwagę obozu. Musiałam iść jeszcze kawałek dalej, by nikt mnie nie dostrzegł. Na horyzoncie, za lekką mgłą, widniał czarny zarys samotnego drzewa. Gdy oddaliłam się wystarczająco daleko, mogłam zacząć biec w jego stronę.
Piaskowe Drzewo. Martwe, a jednak pełne życia. Nigdy nie mogłam oderwać od niego wzroku, gdy wchodziłam na wieże obserwacyjne.
Po kwadransie byłam już przy pniu drzewa, a obóz wydawał się stąd o wiele mniejszy. Zsunęłam skórzany bukłak z pasa i delikatnie otworzyłam korek. Woda to skarb na pustyniach takich jak ta. Trzeba wielokrotnie po nią chodzić nad rzekę, kiedy używa się jej w zbyt dużych ilościach, co bywa bardzo męczące. Mimo to wylałam jej część na wyschnięte korzenie.
— Przyjmij ten dar, śpiący strażniku — wyszeptałam, choć nikt nie powinien mnie stąd usłyszeć.
Przez krótką chwilę wydawało mi się, że piasek poruszył się pod moimi stopami, jakby drzewo naprawdę odetchnęło. Może to tylko moje pragnienie, by magia istniała naprawdę. A może… może duch przodków słuchał. Wysłuchiwał moich modlitw.
Nagle za moimi plecami rozległ się cichy stukot kopyt. Zamarłam. Palce odruchowo zacisnęły się na bukłaku. Powoli obróciłam głowę.
Z ciemności wyłoniła się klacz. Nie zwykły koń. Był to Falkan. Srebrzysta sierść połyskiwała w świetle księżyca, a grzywa lśniła jak wypolerowana stal na grocie strzały. Patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami. Była tak wysoka że gdyby podniosła głowę, spokojnie mogłaby dotknąć gałęzi Piaskowego drzewa.
— Ciii… proszę — szepnęłam, wyciągając do niej dłonie.
Klacz parsknęła miękko i zbliżyła się, jakby ciekawiło ją, co robię tak daleko od domu. Wyciągnęła głowę, a jej chrapy musnęły mój policzek. Pachniała wiatrem i nocą.
Jej obecność dodała mi odwagi.
Wtedy jednak zauważyłam światła na obu wieżach przy obozie i sylwetki strażników. Szum wiatru obijał się o gałęzie drzewa i szturchał zawieszonymi na nich koralami. Spojrzałam w górę. Gwiazdy odbijały się od kolorowych ozdób.
Klacz westchnęła głośno i wypuściła powietrze, opuszczając głowę.
Spojrzałam znów w stronę obozu. Jeśli teraz mnie tu złapią… koniec marzeń. Nawet koniec wolności. Miałam tylko sekundę, by zdecydować, co dalej.
— Proszę… zostań — wyszeptałam jeszcze ciszej niż wcześniej, choć sama nie wiedziałam, do kogo mówię, do niej czy do siebie.
Wiatr przyniósł szept piasku, a po chwili światła przy obozie przygasły, strażnicy oddalili się, najwyraźniej niczego nie zauważyli.
Klacz znów zwróciła na mnie uwagę. Przysunęła głowę do mojego bukłaka i trąciła go lekko, jakby chciała powiedzieć „Podziel się”.
Zaśmiałam się bezgłośnie.
— Jak mamy utrzymać tajemnicę, skoro wszystko chcesz chcesz dla siebie?
Odsunęłam bukłak. Próbowała jeszcze raz, uparcie i z dziecięcą ciekawością. Dopiero wtedy zauważyłam znak na jej piersi, smukły kształt przypominający księżycową smugę, jeden z tych świętych wzorów, jakie wojownicy malowali na swoich tarczach.
— Jesteś wyjątkowa, prawda?
Falkany wybierały sobie wojowników. Każdy to wiedział. Wybór był więzią na całe życie, błogosławieństwem duchów pustyni. A jednak… ja nie byłam wojownikiem. Jeszcze nie.
Klacz znów szturchnęła mnie nosem, delikatnie, jak przyjaciel. Jak ktoś, kto już dokonał wyboru.
Dotknęłam jej grzywy. Sierść miała miękką jak zimny popiół, a pod nią drżały potężne mięśnie. Czułam jej siłę… i spokój, który spływał po mnie, jakby potrafiła uciszyć cały mój niepokój.
— Muszę wracać. Ale przyjdę jutro. Obiecuję.
Klacz nie poruszyła się, gdy odchodziłam. Stała tylko i patrzyła za mną, dopóki nie zniknęłam w cieniu.
Kiedy wślizgnęłam się do obozu, płomienie w ognisku już przygasały, a tylko nocny wartownik ziewał nad czajnikiem herbaty. Potarłam twarz, udając zmęczenie, i weszłam między namioty.
— Zuleika? — usłyszałam szept Azriela. — Gdzieś ty łaziła?
— Do chaty uzdrowicielki… coś mnie bolało — mruknęłam, kładąc dłoń na brzuchu.
Brat przytaknął bez podejrzeń. We śnie i zmęczeniu kłamstwo łatwo wygląda jak prawda.
W namiocie zrzuciłam pas z bukłakiem, ale wciąż czułam ciepło spotkania. Kiedy zamknęłam oczy, obraz srebrzystej klaczy pozostał pod powiekami. Jaśniejszy niż gwiazdy nad pustynią.
...
Poranek przyszedł zbyt szybko. Odciski kopyt i okrzyki wojowników niosły się już po terenie. Ojciec rozpoczął kolejną rundę szkoleń, głośniejszą, bardziej nerwową. Zapach potu i metalu znów wypełniał powietrze.
A ja… wymknęłam się kolejny raz. Tym razem mogło być trudniej. Ale nogi same niosły mnie między namioty, ku pustyni.
Klacz czekała.
Nie musiałam jej szukać, podeszła pierwsza. Z lekkim rżeniem dotknęła mojej dłoni, jakby pytała „Wróciłaś?”
— Oczywiście, że wróciłam.
Sięgnęłam po bukłak, ale tym razem woda nie była dla Piaskowego Drzewa, była dla Falkana. Sama po niego sięgnęła, a ja roześmiałam się, unikając zaczepnych chrap i tworząc z dłoni prowizoryczną miseczkę.
Słońce podnosiło się nad horyzontem, a my stałyśmy tam razem, dziewczyna, która nie mogła poza tradycje klanu… i klacz, która nie przejmowała się żadnymi zasadami.
Czułam to coraz mocniej. Ona wybrała mnie. A duchy pustyni już wiedziały, że taki wybór nigdy nie jest przypadkowy.
I wtedy coś we mnie zadrżało. Obraz z poprzedniej nocy przeszył moją pamięć jak ostrze. Wyschnięte drzewo pośród pustyni, krople wody z mojego bukłaka i modlitwa szeptana w strachu.
Czyżby drzewo mnie wysłuchało? Spojrzałam w jego stronę, z korzeni wyrastał jeden nowy pojedynczy listek, młody i zielony. Ono wcale nie jest martwe?
Klacz poruszyła niespokojnie uszami i parsknęła, jakby czuła, że została przysłana właśnie po to, bym byłam jej wyborem.